czyli co warto, a czego nie warto, wg naszej subiektywnej opinii, oglądać w TV, kinie i na DVD. Filmy, programy, bajki, kanały TV recenzuje nasza dwójka czyli 4-letni Jacek i jego mama.
Kategorie: Wszystkie | Adaptacje | Ciekawostki | DVD | Edukacyjnie | O nas | Premiery | TV | Wydarzenia | Zapowiedzi
RSS
sobota, 21 marca 2009

Lubię zmiany.Po ponad roku pisania na platformie bloxowej postanowiłam poszukać jeszcze lepszego miejsca dla mojej pisaniny. I znalazłam ;-) Adres nowego bloga:

http://hanyszka.wordpress.com

Tam już czeka na Was gotowa, świeżutka recenzja "Koraliny".

Mam nadzieję, ż Ci, którzy czytali mnie na Bloksie, będą to robić również na Wordpressie. Z góry Wam za to dziękuję.

20:38, hanyszka
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 marca 2009

czyli o niemocy. Powiedzmy, że twórczej. Zaczęte recenzje kilku filmów, niedokończone pomysły, kilka niepodchwyconych inspiracji. Nic się nie klei, słowa nie chcą złożyć się w zdania, a zdania w sens. Pocieszam się, że Wielcy też tak mieli:

męczy się człowiek Miron męczy
znów jest zeń słów niepotraf
niepewny cozrobień
yeń

no i może mi przejdzie...

					
20:00, hanyszka , O nas
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 marca 2009

Właśnie skończyłam czytać książkę, na podstawie której powstał film. I jestem w kropce. Bo książka, proszę Państwa, to hardcore. Świetnie napisany, wciągający, wiarygodny, mądry, piękny etc - ale hardcore. Pełen smutku, przemocy, okrucieństwa, śmierci. Nie czytałam innych książek Kate diCamillo, ale nie mogę się nie zastanawiać, czego tak okropnego musiała doświadczyć autorka od świata dorosłych, że maluje go w tak przerażający sposób - opisując zdradę rodziców, którzy skazują własne dziecko na śmierć, ojca, który sprzedaje córkę na targu, opiekuna i pracodawcę jednocześnie bijącego dziewczynkę aż do ogłuchnięcia....

Pomimo wszystkich tych okropieństw jest to książka niepozbawiona mrocznego uroku i jednego w niej na pewno nie ma - beznadziei. Pięknie, w prosty i  bardzo dojrzały sposób opowiada o kuszeniu, wyborze między dobrem i złem, tęsknocie za lepszym światem, o przebaczeniu i odkupieniu.

A w kropce jestem nie tylko z powodu mrocznych klimatów tej książki. Czuję się rozdarta między swoimi sprzecznymi oczekiwaniami w stosunku do ekranizacji powieści diCamillo. Bo z jednej strony, spodziewałam się, że Universal Pictures ugładzi i stonuje wydarzenia przedstawione w książce, ba, nawet uważałam, że jest to konieczne ze względu na wrażliwość małego odbiorcy. Nie jestem zwolennikiem ucukrowanych, pogodnych za wszelką cenę historyjek dla dzieci, więc poniekąd się sobie sama dziwiłam. Dopóki nie obejrzałam zwiastuna, z którego od razu widać, że opowieść została uśliczniona ponad miarę: taka mieszanka Dumbo (te uszy!), filmu Ratatuj (szczury!) i Kurczaka Małego (jestem mały ale dzielny). No i rozczarowanie. Bo tak jak książka jest MSZ przedobrzona jeśli chodzi o sceny pełne tragizmu i przemocy, to film wygląda z kolei na zbyt milusi w stosunku do oryginału, tracąc jego surowość, smutek, ale i głębię i mądrość.

Zresztą obejrzyjcie zwiastun:

niedziela, 15 lutego 2009

To taka sympatyczna zabawa w polecanie wartych uwagi blogów. Sama dostałam łodznakę Kreativ Blogger od be.el, z czego cieszę się i dziękuję. Zasady są takie:


- na swoim blogu umieszczamy logo Kreativ Blogger, oraz informujemy, kto przyznał wyróżnienie
- nominujemy 7 blogów lub więcej do nagrody i podajemy link każdego z tych blogów
- informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzach na jego blogu.

Najprościej byłoby polecić po prostu te blogi, które znajdują się w moich zakładkach, jako, że są to strony najczęściej i najchętniej przeze mnie odwiedzane. Byłoby to jednak zbyt łatwe i ciut niesprawiedliwe, zwiedzam przecież wiele innych ciekawych zakątków blogosfery. Z blogów po prawej stronie wyróżniam zatem trzy, reszta jest spoza. Pozwoliłam sobie obok linków dodać swoje krótkie komentarze, najczęściej jest to resume tego, co mogłabym/chciałam zamieścić na wymienionych blogach lecz brakło czasu/okazji/sposobności.

Córeczko - uwielbiam te krótkie, lakoniczne, jedyne w swoim rodzaju historyjki z życia czteroletniej Maszy. Jedna z moich pierwszych blogowych fascynacji i jestem jej wierna do dziś ;-)

Miniformy - pierwszy i jedyny chyba blog, który stara się pokazać szeroką ofertę kulturalną dla dzieci - nie tylko beletrystykę, lecz także książki popularno-naukowe, słuchowiska radiowe, propozycje filmowe i muzyczne. Dla mnie osobiście źródło wielu inspiracji.

Słowa i obrazy - za doskonałość formy - rzadko spotykam blogi pisane tak świetnym i precyzyjnym językiem. Za miłość do kotów, za feministyczne ciągoty i za to, że odnajduję na tym blogu część siebie samej. Poszłam inną drogą niż Autorka, co nie oznacza, że  nie rozumiem jej wahań, wątpliwości i rozterek.

Mały Rycerz - przyznam uczciwie, że światopogląd Marzek jest dla mnie, antyklerykała i agnostyczki, odległy o lata świetlne. Jednak dziewczyna ma wiele do powiedzenia,  umie pisać i o życiu swojej Rodziny - męża, dwóch córeczek i chorego na dysplazję kości synka, tytułowego Małego Rycerza opowiada ciekawie, barwnie i zabawnie.

Ula - budzi mój niezmienny szacunek fakt, że Ula pomimo kiepskiego dzieciństwa i smutnej przeszłości rodzinnej potrafiła nie tylko stworzyć własną, szczęśliwą rodzinę, lecz również docenić i cieszyć się tym, co ma.

Runaway -  tym, co skłania mnie do zaglądania do tego bloga, nie jest bynajmniej niezdrowa heterycka ciekawość potencjalnych gejowskich sensacji :-) Orientacja seksualna Michała jest mi obojętna, a i na blogu nie jest ona jakoś szczególnie wyeksponowana. Autor pisze o zwykłym życiu, studiach, polityce, kulturze, związkach - pisze po swojemu, szczerze i prawdziwie, czasem znudzony, czasem wściekły, czasem liryczny - jak każdy z nas. Jest to jeden z najbardziej autentycznych, niewystylizowanych blogów, jakie miałam okazję czytać.

Za co on się obraził? - świetny, megadowcipny blog, wyłowiony przeze mnie przy okazji tegorocznej edycji konkursu Blog Roku 2008. Czytam, umieram ze śmiechu i dostrzegam tysiące podobnych uraz i pretensji u swego  małżonka...

niedziela, 08 lutego 2009

Niedawno, na kanale  TVP Kultura, bodaj przed  którymś niedzielnym odcinkiem niezapomnianej Arabelli, natrafiłam na piękną animację, właściwie element kampanii społecznej pod patronatem Rady Europy. Cień-figurka chłopczyka przemierza świat. W wędrówce "pomagają" mu dłonie, też jakby z teatru cieni. Dłonie - schody, dłonie - parasol, dłonie - huśtawka.

I podpis na koniec: Twoje ręce powinny chronić, nie karać.

Nie widziałam już później tego filmu. Może zbyt mało ogladam TVP Kultura. Być może.

W normalnym kraju - i w normalnej TV - taka akcja byłaby szerzej prezentowana. W farfałowej telewizji - chyba nie ma co liczyć.

Film można obejrzeć TUTAJ.

czwartek, 05 lutego 2009

Radostki, reż. Magdalena Osińska, 2008

Niedawno pisałam o nowej produkcji łódzkiej firmy Se-Ma-For, jaką  jest animowana krótkometrażówka „Radostki”. Chociaż film został wyprodukowany w ubiegłym roku i zdobył kilka nagród i wyróżnień na krajowych festiwalach, nadal nie jest niestety dostępny w powszechnej dystrybucji. I nie wiadomo kiedy będzie, choć wytwórnia zapowiada, że wyda film na DVD, wraz z książeczką i dołączoną grą planszową, ku większej uciesze młodej widowni.

Jako „branżowy” bloger miałam akurat to szczęście, że miła pani z Se-Ma-Fora przesłała do mnie płytkę z filmem, dzięki czemu mogę Wam powiedzieć, że na pewno warto poczekać na tę animację. Przede wszystkim, jest oryginalna i pełna wdzięku  pod względem oprawy plastycznej  - stylistyką nawiązująca do dziecinnych rysunków, niekoniecznie poprawnych, niekoniecznie symetrycznych, lecz sugestywnych i  jedynych w swoim rodzaju. Po drugie – kolorowa, lecz bez jarmarcznej pstrokacizny.

Planem i miejscem akcji jest narysowana przez małoletniego narratora gra planszowa, po której poruszają się stworzeni przez niego bohaterowie – Maciuś i Milenka. Dziecięce postacie mają przed sobą postawione zadanie, w którego realizacji pomaga im, niczym czuły demiurg, narrator. „Narysowana” akwarelkami  na kratkowanym papierze filmowa plansza gry to z jednej strony tor przeszkód do pokonania na drodze do upragnionego celu, zaś z drugiej sprawdzian z przyjaźni, wzajemnej współpracy i pomocy. Konsekwencja w utrzymaniu rysunkowej stylistyki  owocuje fajnymi pomysłami plastycznymi, jak padający na dzieci atramentowy deszcz, spływający kroplami po powierzchni kartki  czy wygumkowanie smoka zagrażającego Maciusiowi i Milence.

Jedyne, co mi trochę przeszkadza, to głos małego narratora – a właściwie „darratora”, bo chłopczyk ma apokaliptyczny wprost katar. Tak, wiem, na pewno ma to walor „naturalności” i autentyczności, jednak ja miałam niepowstrzymaną, aczkolwiek irracjonalną, ochotę wyciągnięcia „darratora” z trzewi odtwarzacza DVD i porządnego wysmarkania jego dziecinnego nosa :-)

Wypada mi sie jeszcze na koniec oficjalnie pomartwić  o przyszlość tej animacji. Oby nie było tak, że film (w ramach realizacji misji publicznej oczywiście) zostanie wyświetlony zaledwie kilka razy  w TVP Kultura o porze typu 07.15 rano i tyle. Mam nadzieję, że obiecywana płyta DVD ukaże się na rynku, a oprócz tego sam film (króciutki, bo jedenastominutowy) mógłby zostać wyświetlany w kinach przed projekcjami dla dzieci, zamiast reklam czy, niektórych przynajmniej, zapowiedzi.

Z czystym sumieniem daję 5 „gwiazdek”, nawet pomimo „darratora”.

16:33, hanyszka , DVD
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 lutego 2009

Alvin i wiewiórki, reż. T. Hill, 2007

Bez zbędnych wstępów powiem od razu, że równie złego, nudnego i żenującego filmu naprawdę od bardzo dawna nie widziałam. Nie mogę pojąć jakim cudem gniot ten odniósł medialny i kasowy sukces.

Historyjka jest tyleż krótka, co nieskomplikowana: oto były sobie trzy wiewióreczki, najpierw mieszkały w lesie, potem zaś trafiły do Dave'a, sfrustrowanego pracownika agencji reklamowej, który próbuje swych sił w branży muzycznej jako tekściarz i kompozytor. Trzy wiewiórki nie tylko umieją mówić, one również śpiewają, co staje się dla ich gospodarza niespodziewanym natchnieniem, a dla nich samych przepustką do światowej kariery. Oczywiście na drodze do całkowitej sielanki staje wstrętny producent muzyczny Ian, który próbuje wymiksować z interesu Davida, zaś z trzech śpiewających futrzaków wydusić maksimum zysków dla siebie.

To, co wespół w zespół stworzyli scenarzyści i reżyser filmu jest autentycznie niestrawne: kiepski sentymentalizm (słodkie piszczenie przysposobionych stworzeń oraz pseudo-rodzinne relacje łączące Dave'a i wiewióry), powierzchowny psychologizm (zawikłana relacja erotyczna Davida z blond sąsiadką, graną przez śliczną lecz doskonale drewnianą Cameron Richardson) i nieśmieszne żarty, oparte głównie na jakże nośnych pomysłach w rodzaju puszczania bąków czy innych okołozadkowych skojarzeniach. To wszystko razem dałoby się jeszcze wybaczyć (to jest - raz obejrzeć i zapomnieć), gdyby nie clou, gdyby nie serce, sens i sedno tego koszmarnego filmidła. Gdyby nie muzyka, a raczej gdyby nie ta parodia, którą z niej zrobiono. To jest przyczyna, dla której nie pokazałam i nie pokażę filmu swojemu synowi.

Żeby było jasne, żaden ze mnie meloman. Muzyka jest bodaj jedyną ze sztuk, która do mnie niespecjalnie przemawia. Nie mam słuchu, nie mam głosu, nie mam wrażliwości muzycznej. W operze, na balecie czy koncercie jazzowym byłam zaledwie kilka/kilkanaście razy w życiu, a historię muzyki znam powierzchownie i po łebkach. Nie potrafię odróżnić muzycznej perełki od chały, nie znam się na tym, co dobre, a co tylko dobre udaje. Dowodem niech będzie fakt, że kiedyś nawet podobały mi się "oratoria" Rubika (proszę uprzejmie, można w komentarzach szydzić do woli), nie żebym uważała, że to drugi Górecki czy Penderecki, ale słuchało mi się tego miło.

Wygenerowanych komputerowo pisków trzech wiewiórek nie słucha się niestety miło. Skojarzenie Pawła T.Felisa (krytyka, z którym zasadniczo rzadko się zgadzam) w jego recenzji "Alvina i wiewiórek" jest absolutnie trafne:

"zapotrzebowanie na muzykę á la "smerfne hity" powinno zainteresować socjologów, a może i psychiatrów."

Promocja przerażająco złego gustu muzycznego jest dla mnie nie do przyjęcia. Oczywiście nie twierdzę, że należy dwulatkowi puszczać jedynie operę do poduszki, choć dzieci na muzykę poważną reagują akurat zaskakująco pozytywnie. Niemniej, jeśli mogę, to nie będę podtykać synowi takiej pseudomuzyki. Mala herba cito crescit, jak to powiedział starożytny mędrzec ;-), więc wolę, by moje dziecko stykało się w miarę możliwości z czymś estetycznie wartościowym, nie zaś z taką hucpiarską tandetą.

1/5. Nie polecam, zniechęcam, odradzam ;-)

00:44, hanyszka , DVD
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 stycznia 2009

 Płyta dostępna z nowym, lutowym magazynem "Mam dziecko".

Zwykle bardzo rzadko kupuję płyty z filmami czy serialami dla dzieci, dołączane do pism kobiecych i magazynów przeznaczonych dla rodziców. Tym razem dałam się skusić i nie żałuję, bowiem "Przygody wielorybka MuMu" są naprawdę udaną i sympatyczną produkcją.

 

Wyprodukowana przez tajwańskie Sofa Studio animacja  zasługuje na  pochwałę z kilku powodów. Przede wszystkim jest dopracowana i nowoczesna. Po drugie - bardzo ładna. Kadry są niebanalnie, interesująco zaaranżowane, zaś kolory czyste, nasycone, a jednocześnie pastelowe. Serial dzieje się na mikroskopijnej, piaszczystej wysepce i ten plażowy, morski  nastrój jest namacalnie wyczuwalny. Paradoksalnie, również zaletą jest brak dialogów. Nieme kino animowane, do którego moje pokolenie przywykło (Bolek i Lolek czy Reksio) ma tę niezaprzeczalną wartość, że  w dużo większym stopniu angażuje małego widza - pozbawione dosłowności wymaga uwagi, skupienia, ciszy. Jak bardzo potrafi być poruszające i wyraziste, niech zaświadczy choćby sukces genialnej produkcji Pixara, filmu Wall.E.

Warta wspomnienia jest również muzyka, ilustrująca serial. Prosta, pogodna linia melodyczna powstaje dzięki kilku akustycznym, jak na moje zdecydowanie nie-audiofilskie ucho, instrumentom - cymbałkom, trąbce, akordeonowi i pianinu.

Wytwórnia określiła target audience tego dziełka na przedział 3-8 lat. Moim zdaniem sporo na wyrost, bo jest to bajeczka dla młodszych, maksymalnie 5-6 letnich dzieci. Fabuła jest bowiem prościutka, akcja właściwie żadna, a postacie morskich stworzeń, choć zaprojektowane bez zarzutu, przypominają słodkie pluszowe zabawki.

Generalnie - bardzo udana animacja, polecam.

Ocena 3/5. Fajne.

P.S. Swoją drogą, polscy dystrybutorzy zawsze muszą coś namieszać. Na stronie wytwórni MuMu opisywany jest jako "dolphin-like creature", zaś rodacy ochoczo określili stwora jako wielorybka. Od siebie dodam, że właściwie nie przypomina on specjalnie ani tego, ani tego...

20:48, hanyszka , DVD
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 stycznia 2009

Tak nazywa się nowy produkt Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej - tak, tej samej wytwórni, której zawdzięczamy Bolka i Lolka, Profesora Gąbkę, Wawelskiego Smoka, szpiegów z krainy deszczowców i żarłoczne Mypingi, Reksia, Marcelego Szpaka i wiele innych kultowych postaci.

Gwiazda Mikołaja to apokryficzna opowieść o dzieciństwie i młodości Mikołaja Kopernika, jego drodze do wyboru życiowego powołania, spotkaniu i konflikcie poznawczym z niderlandzkim astrologiem Paulem van de Volderem oraz młodzieńczej miłości słynnego astronoma. Temat fajny i nawet do kina w ramach zajęć lekcyjnych można dzieci zaprowadzić ;-) Pieniędzy na realizację tegoż dzieła również nie pożałowano - koszt produkcji wyniósł 6 mln złotych, co czyni ją najdroższą jak dotąd polską animacją.

No więc skoro i temat niezły, i groszem sypnięto dość hojnie, to efekt powinien być co najmniej niezły, zwłaszcza, że doświadczenia w tworzeniu udanych animacji polskim twórcom nie brakuje. Tymczasem...zerknijcie sobie na stronę producenta i obejrzyjcie tam zwiastun oraz galerię. Efekt jest, delikatnie mówiąc, rozczarowujący. Animacja jest anachroniczna, rysunek postaci płaski i toporny a efekt 3D wygląda na przykład tak:

Rozczarowanie jest tym większe, że od dobrych kilkunastu lat nie wyszedł z naszych wytwórni film czy serial animowany w minimalnym chocby stopniu dorównujący powodzeniem czy rozmachem takim przebojom jak Reksio, Miś Uszatek, Koziołek Matołek czy inna Gąska Balbinka. Jako laik nie chcę przesądzać, z jakich powodów - podejrzewam, że państwo,  z jednej strony, przestało łożyć kasę, jak to niegdyś czyniło, zaś z drugiej strony po 89 roku nastąpił zalew reglamentowanej wcześniej animacji spod znaku Disneya, Hanna-Barbera i innych. W takiej sytuacji czlowiek ma prawo oczekiwać, że jak już Szacowna i Zasłużona Wytwórnia coś wypuści, to będzie to miało ręce i nogi. Tymczasem oferuje nam produkt w warstwie wizualnej naiwny i anachroniczny, na poziomie niezbyt ambitnych kreskówek z lat 80-tych. Nic, tylko machnąć na to reką i włączyć sobie chociażby niezrównanego Scooby Doo. Jakość podobna ale pamiętajmy, że  kultowe psisko opuściło wytwórnię w latach 70-tych ubiegłego wieku, jest więc w wieku autorki tego bloga....

czwartek, 15 stycznia 2009

Uprzejmie informuję, że od 13 stycznia roku bieżącego można oddawać łaskawe głosy na ulubione blogi. Jeśli macie ochotę, możecie zagłosować również na Małego człowieka i ekran - wysyłając SMS-a o treści E00093 na nr 7144. Koszt 1,22 PLN. Zysk z SMS-ów przeznaczony będzie na opłacenie turnusów rehabilitacyjnych dzieci chorych na porażenie mózgowe - co czyni całą akcję jeszcze bardziej godną uwagi.

Za każdy SMS uprzejmie dziękuję :-) Głosować można do 22.01.2009, do godziny 12.00.

19:49, hanyszka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Locations of visitors to this page